Wszyscy bogowie świata III

Hinduizm w Indiach jest bez wątpienia religią dominującą liczebnie. A ponieważ liczebnie to i wizualnie, kulturalnie, historycznie, obyczajowo itd. Hinduizm sam w sobie jest tyglem pełnym smakowitych i różnorodnych ingrediencji. Tyglem, w którym się pichci prawie miliard ludzkich bytów, w drodze ku mokszy, oczywiście.  Jeśli weźmiemy pod uwagę ciągłość rozwoju idei i nieustanną obecność najstarszych nawet bóstw, hinduizm można uznać za „przedwieczny”, pradawny, starożytny. Bardziej starożytny niż, bliższe kulturowo Zachodowi, religie starożytnej Grecji, Rzymu, Egiptu i Bliskiego Wschodu. Fenomenem hinduizmu jest to, że nie stał się mitologią, nie obumarł jak wierzenia Greków czy Egipcjan. W pozornie niezmienionej formie trwa od tysiącleci, nie ograniczając się wyłącznie do sfery ducha. Wraz z wierzeniami przetrwały obyczaje, obrzędowość, a nawet stroje. Gdy podziwiamy tradycyjne indyjskie wesele, powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że równie dobrze mogłoby się ono odbywać sto, trzysta, pięćset lat temu, a nawet jeszcze dawniej, w czasach Wielkiej Wojny Bharatów, jakieś pięć tysięcy lat temu.

Religioznawstwo wyróżnia poszczególne fazy rozwoju religii indyjskiej (czy też – religii indyjskich wchodzących w skład hinduizmu). Jej pierwszą udokumentowaną na piśmie postacią  był wedyzm, oparty na świętych księgach, Wedach właśnie. Wedy są cztery, najstarsza z nich, Rigweda,  jest mniej więcej rówieśna Biblii, choć Hindusi chcą uznawać ją za dużo starszą. W oparciu o rytuały wedyjskie rozwinął się tzw. braminizm, czyli religia, w której kluczową rolę odgrywali kapłani. Bez nich i magii, jaką dysponowali, niemożliwe było jakiekolwiek przedsięwzięcie.  Od braminów zależni byli wieśniacy, królowie i bogowie. Bramini rządzili duchem i materią, uzurpowali sobie boskie prawa. Bogowie mieli być posłuszni ich ofiarom i zaklęciom. I tak się zapatrzyli bramini w swoje narcystyczne odbicia, że nie zauważyli, jak dalece odeszli od mądrej filozofii hymnu 129, od głębokich dociekań i przestrzeni ducha:

Ale kto wie to wszystko, kto mógłby powiedzieć,

Skąd się zrodziła, skąd jest ta wysnowa,

Bogowie się zjawili, gdy świat się wyłonił,

A więc kto może wiedzieć, skąd wszystko powstało?

I jak się zrodziła ta wysnowa bytów,

Czy kto ją zdziałał, czy też nikt nie zdziałał-

Ten, co na ziemię patrzy z najwyższego nieba,

Ten może wie o tym, a może też nie wie? (Rigweda, hymn 129, przekład S. Michalski)

Zamiast prowadzić dyskurs filozoficzny i medytować, ograniczyli się do klepania magicznych formułek i zarzynania ofiarnej zwierzyny. Religia mędrców stawała się zabobonem. Na szczęście pojawili się panowie Budda i Dżina, którym nie podobało się ani zarzynanie zwierząt, ani skostnienie myśli, ani głupota kapłanów. Mędrcy owi dali początek nowym religiom, o których już wcześniej była mowa. Ale powstanie buddyzmu i dżajnizmu przyczyniło się również do pobudzenia fermentu intelektualnego wśród nauczycieli i wyznawców religii starej. Dysputa pomiędzy religiami i zawartymi w nich ideami filozoficznymi doprowadziła do powstania formy hinduizmu, który odrzucał supremacją kapłanów, stawiał na indywidualny rozwój, medytację, poszukiwania intelektualne i zadawanie pytań. Twórcą nowego trendu i nowego spojrzenia na religię był niejaki Śankara Aćarja, mędrzec i filozof żyjący mniej więcej jedno stulecie po Buddzie i Dżinie. Od tej pory bramińskie czary odeszły na dalszy plan, choć nigdy do końca nie zniknęły. Bo hinduizm to taki twór, taki tygiel koncepcji, że znajdzie się w nim miejsce na wszystko. Od czasu Śankary do współczesności pojawiało się wielu mędrców i reformatorów, a każdy z nich pokazywał coś nowego, dodawał, odejmował, mnożył albo dzielił. Jak podzielić hinduizm? Jak wyróżnić poszczególne nurty rzeki, w której Jedyny Bóg stoi obok wielu Bogów, reinkarnacja przeplata się z niebem i piekłem, zbawcza działalność awatarów z samozbawieniem? Z grubsza można wyróżnić: hinduizm filozoficzny (wielonurtowy, oczywiście), hinduizm religijny (także podzielny na wiele nurtów), hinduizm ludowy – wszechogarniający, powszechny, przemieszany z przesądami, pierwotnymi wierzeniami i regionalną tradycją. Można też podzielić hinduizm ze względu na bogów: śiwaizm i wisznuizm. Można wyodrębnić hinduistyczną tantrę, drogę ascetów, aśramy, jogę…

Z hinduizmem jest tak jak z Indiami: cokolwiek o nim powiemy, może okazać się prawdziwe. W hinduizmie „mieści się” trzydzieści trzy miliony bogów i pewnie tyleż rytuałów. Hinduizm to wiele szkół i jeszcze więcej pomniejszych sekt. Hinduizm to filozofia, religia, obyczaj i polityka. Hinduizm jest z natury tolerancyjny i pokojowy i woli coś wchłonąć niż z tym walczyć. Tak przynajmniej się wydaje na pierwszy rzut oka, bo nawet Budda i Jezus mają tu i tam przyznany status awatara Najwyższego. Ale Indie to nie Góra Meru, Śangri La ani żaden inny raj.  Pod kolorowym i wartkim nurtem życia, codziennej krzątaniny i różnorodności toczą się wolno brudne muły i osady wzajemnych uprzedzeń, nietolerancji i wrogości. Najsilniejsze antagonizmy dzielą hinduizm i islam, dwie największe pod względem liczebności religie Indii. Za wzajemną niechęcią stoi historia. Ta dawna, która kazała indyjskim radżom pokłonić się muzułmańskim najeźdźcom i ta nowa z Wielkim Podziałem kraju na Indie i Pakistan. Wiele krwi i łez stanowiło nawóz pod nienawiść i wrogość pomiędzy wyznawcami islamu i hinduizmu. Czasem obrywa się też chrześcijanom. Czasem sąsiad zlinczuje sąsiada. Ot, zwykłe ludzkie sprawy. Czasem płoną meczety, a czasem świątynie Wisznu i kościoły. Ktoś komuś podłoży świński łeb, a ktoś inny na złość sąsiadom, zaszlachtuje krowę. I tu często wkracza polityka, a właściwie politycy ze swoją żądzą władzy, monopolem na prawdę i immunitetem od rozumu. Szczują i wygrywają przeciw sobie ludzi, wykorzystując do tego celu bogów. „Indie tylko dla Hindusów” (hinduistów) wcale nie jest rzadkim hasłem. Niektórzy piszą na nowo historię, usuwając z niej Wielkich Mogołów. Inni każą zabijać „krowożerców”. A wszyscy bogowie świata, wszyscy bogowie Indii, patrzą ze swoich boskich wysokości  i pewnie im wcale nie do śmiechu. Wielkość tak często miesza się z małością. Wykwintność myśli filozoficznej z tępotą, a prostota z prostactwem. Łatwo nieść na sztandarach mędrców i proroków, trudniej stosować się do ich nauk. Ale to przecież choroba nie tylko Indii, to utajona zaraza ludzkości, która to tu to tam, co jakiś czas daje o sobie znać wysoką gorączką i maligną. A wszyscy bogowie świata patrzą i płaczą.

A żeby nie kończyć tak poważnie i podniośle, wygrzebana gdzieś mała anegdota:

Mały chłopiec bał się ciemności. Któregoś wieczora matka poprosiła go, by przyprowadził krowę z pastwiska. Chłopiec powiedział: „Mamo, nie każ mi nigdzie iść. Jest ciemno”. Matka uśmiechnęła się i powiedziała: „Nie bój się. Na dworze jest Bóg i On cię ochroni”. „Jesteś tego pewna?” – niedowierzał chłopiec. „Tak, synu. On jest wszędzie, zawsze gotów pomóc, kiedy tego potrzebujesz”. Chłopiec pomyślał przez chwilę, a następnie uchylił nieznacznie drzwi. Wychylił głowę i krzyknął: „Boże, jesteś tam? Jeśli tak, to czy mógłbyś przyprowadzić naszą krowę?”

A w Indiach naprawdę mieszkają wszyscy bogowie świata.

Dodaj komentarz

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter