Panćakarma, czyli detoks po indyjsku

Ama przychodzi cicho

Żyjemy naszym codziennym życiem, pełnym znoju, kłopotów i przyjemności. Żeby żyć – oddychamy i przyjmujemy pokarmy. Jeść nie tylko musimy, ale też chcemy i lubimy. Sama ta czynność dostarcza przecież przyjemności związanych z  wgryzaniem się w różnorodne struktury pokarmów, żuciem, przełykaniem i napełnianiem żołądka.  A do tego zapach, smak, kolory! Jedzenie angażuje wszystkie zmysły. Tak więc jemy, żyjemy, oddychamy, śpieszymy się, śpimy lub cierpimy na bezsenność. Złościmy się, wkurzamy, tłamsimy w sobie emocje, wybuchamy gniewem, napychamy żołądki. Byle czym, byle jak, szybko, szybko, szybko. Palimy, nie palimy. Łykamy leki przeciwbólowe nagminnie, bo ból istnienia przekłada się na bóle somatyczne. A nie lubimy jak boli, albo nie możemy sobie pozwolić, żeby bolało, bo nie ma czasu na chorowanie, nie ma czasu na jęczenie i użalanie się. Przeziębienie? Przy odporności obniżonej przez stres i pośpiech bardzo o nie łatwo. No to saszetka z paracetamolem, najlepiej cztery razy dziennie. I do pracy. Oddychamy płytko, bardziej automatycznie niż świadomie, wdychamy spaliny z aut i śmieci z pieca sąsiada. Śpimy też płytko, zmęczeni światłem, które w miastach nie opuszcza nas nawet w nocy. Zmęczeni hałasem, który towarzyszy nam bez przerwy – szum ulicznego ruchu, zgiełk tłumu, praca maszyn, głośna muzyka. I stres, z którym coraz trudniej sobie radzić, bo tempo życia, a właściwie tempo szalonego wyścigu. Jemy więc cokolwiek i jakkolwiek: na ulicy, w samochodzie, na stacji benzynowej. Podjadamy przesycone tłuszczem, cukrem i solą produkowane przemysłowo przekąski. I tak sobie żyjemy, jemy, oddychamy, śpimy i stresujemy się. Oddajemy się także przyjemnościom, żeby nie było, że tacy z nas męczennicy, co to tylko praca i praca. Zarywamy noce, żłopiemy piwo, palimy papierosy i nie tylko. A tymczasem, cicho cichuteńko, konsekwentnie i wytrwale w naszych organizmach gromadzą się paskudne a nieuniknione ama – toksyny, złogi, zanieczyszczenia, organiczne, nieorganiczne i energetyczne śmieci, które powoli przesycają wszystkie tkanki i zapychają nie tylko żyły i arterie, ale i subtelne linie energetyczne naszego jestestwa – nadi , kanały, którymi przepływa prana, z których do naszego ciała i ducha uwalnia się energia życia. Przyrodzona równowaga żywiołów i złożonych z nich dosz ulega zachwianiu, jeden element tłamsi drugi. Słowem – jest coraz gorzej. Ujawniają się uśpione choroby, przyłączają się do nich towarzysze – choroby nabyte i oto czujemy, że za chwilę nasz mechanizm wybuchnie, ulegnie samozniszczeniu, albo się zatrzyma. Musimy to zrobić wcześniej – zatrzymać się na chwilę, zanim będzie za późno.

Gdy wygasa ogień

Czym jest ajurweda nie będę tłumaczyć, bo było o tym w dwóch poprzednich wpisach, do przeczytania których serdecznie zapraszam.

Według ajurwedy, indyjskiej wiedzy medycznej, jednym z najważniejszych elementów naszego jestestwa jest agni – siła i moc trawienna, która spala nie tylko nagromadzone kalorie, ale pomaga również unicestwić ama, zanieczyszczenia, których w zasadzie nie da się uniknąć. Życie jest nieustanną wymianą energii i dopóki nic jej nie zakłóca, dopóki prana – siła którą trudno zdefiniować, ale łatwo zaobserwować jej działanie a zwłaszcza jej brak – płynie swobodnie, organizm posiada zdolność samoleczenia. Ta skomplikowana fabryka chemiczna, czy też biochemiczna, jaką jest ludzki organizm, sama kontroluje swoje parametry, pilnuje ciśnienia w kotłach, napięcia w gniazdkach i utylizuje odpady w sposób perfekcyjny.

W momencie, gdy któraś z dosh, czyli psychofizycznych funkcji organizmu, zostaje zaburzona, następuje zachwianie równowagi żywiołów i równowagi owych dosz właśnie. Wtedy osłabia się siła trawienna agni i osad ama  zaczyna gromadzić się w sposób zupełnie niekontrolowany. Słaby ogień nie daje rady – spalarnia śmieci ulega awarii. Ledwie się w niej tli. Następuje blokada przepływu energii, informacji i odżywiania. Ama sięga coraz głębiej, wnika w tkanki, opanowuje organy, anektuje komórki. Źle odżywione, niedotlenione, zatrute organy ulegają dysfunkcjom. Osłabienie ognia, nagromadzenie ama i długotrwałe zaburzenie równowagi dosz to, według ajurwedy, oficjalne zaproszenie wysłane do wszystkich chorób świata, w pierwszym rzędzie tych, które nazywamy chorobami cywilizacyjnymi. Jakie to choroby, nietrudno zgadnąć, bo głośno o nich w mediach i pełno ich w przychodniach. Może na początek zaburzenia metabolizmu i zaparcia? Nadwaga, bezsenność, nadciśnienie, alergie, impotencja, chroniczne zmęczenie, osteoporoza, cukrzyca, zawały, udary, depresja. Lista nieproszonych gości długa i niepiękna.  A my wysyłamy do nich zaproszenie. Codziennie. Świadomie i bezwiednie. Bezrozumnie wściekając się na kolejkę w banku, wypijając szóstą kawę, kłócąc się, wybierając kanapę przed telewizorem zamiast spaceru. Cena cywilizacji. Cena dobrej pracy. Cena źle pojmowanego poczucia obowiązku. Nie umiemy zajmować się sobą. A jeśli już to na tyle, by to nasze ja, a raczej ta maska, którą wkładamy dla świata, odpowiadała tegoż świata oczekiwaniom. Idzie takie ja na siłownię, na przykład, bo inne „ja” z biura chodzą. Ale zapomina to ja o porządnym śniadaniu. Idzie to ja do fryzjera i kosmetyczki a może nawet do solarium. Ale nie uświadamia sobie tego, że nie umie oddychać, a zamiast solarium istnieje przecież Słońce. A tymczasem ogień wygasa. Żarzy się jeszcze, ale już się poddaje – oddaje pole toksycznym osadom. No to co, że migrena? Są na to przecież dobre proszki.

Co to takiego ta panćakarma?

Można doprowadzić się do różnego stadium zatrucia organizmu przez ama. Nagromadzić szkodliwych złogów tylko trochę, albo całkiem sporo, czasem niezmiernie dużo. Ajurweda dysponuje potężną bronią, która pozwala pozbyć się wszelkich śmieci, odzyskać równowagę, sprawia, że ogień rozpala się na nowo, a prana płynie swobodnie. Ta broń to panćakarma – pięć działań naprawiających to, co się popsuło.

Panćakarma to gruntowne i bezpardonowe oczyszczanie organizmu, które pomaga usunąć zgromadzone złogi i toksyny. Ta naturalna terapia działa tak, że zbiera toksyny i kanalizuje je w taki sposób, by opuściły organizm przez naturalne twory i otwory ciała: jelito grube i odbyt, przewody moczowe, drogi oddechowe i gruczoły potowe, pory skóry. Panćakarma stymuluje naturalne procesy oczyszczania zachodzące zwykle w zdrowym organizmie. Korzysta przy tym z wielorakich metod terapeutycznych: parówek, masaży, wlewów i medykamentów. Trzeba przygotować się na mocne wrażenia. Ale celem tych wszystkich nie zawsze przyjemnych zabiegów jest przywrócenie równowagi dosz i naprawienie mechanizmu samoleczenia i samonaprawiania.

Przed rozpoczęciem właściwej panćakarmy pacjent powinien poddać się terapii wstępnej, nazywanej purvakarma. Ma ona na celu rozbicie i rozluźnienie ama, dzięki czemu łatwiej będzie się ich pozbyć. Dużo leczniczych olejów, wmasowywanych umiejętnie wprawnymi dłońmi terapeutów, popłynie zanim uwolnione z głębi tkanek ama zaczną przesuwać się w kierunku przewodu pokarmowego, bo stamtąd najłatwiej je usunąć. Poddajemy się snahana – oliwieniu specjalnie dobranymi do naszych potrzeb olejami, poddajemy się masażom abhyanga i śirodhara, pocimy się w kąpielach parowych. A wszystko to po to, żeby rozluźnić ama, żeby się zrelaksować i przygotować na proces właściwego leczenia metodami panćakarmy. Bo oprócz wypracowanych przez wieki zabiegów i sprawdzonych leków, do oczyszczenia organizmu potrzeba też jego zgody. Spokoju, relaksu, zaufania i współpracy. Musimy podjąć świadomą decyzję o naprawieniu tego, co zdążyło się w nas zepsuć. Gdy już jesteśmy gotowi następują: vamana, nasya, virećhana, basti i (czasem) rakta mokszana, czyli pięć wymyślnych tortur, którym poddajemy się dobrowolnie i z uśmiechem na ustach. Najpierw będziemy wymiotować (vamana), dzięki specjalnie dobranym ziółkom, co pozwoli dokładnie oczyścić żołądek i przewód pokarmowy. Potem terapeuci wlewają do schorowanych nosów różne substancje (nasya).  I masują, masują, masują. Dużo ziół, częste wizyty w toalecie (virećhana). Ama wychodzą wszystkimi otworami. Kąpiele parowe i znowu coś wlewają, tym razem od drugiego końca – ziołowe lewatywy, które dokładnie wyczyszczą okrężnicę i jelito grube (basti). I znowu masowanie, wcieranie, ugniatanie, smarowanie. Kąpiele parowe. Obecnie bardzo rzadko, w szczególnych przypadkach stosuje się ostatnią z pięciu „tortur” – rakta mokszana, czyli upuszczanie krwi.

Cały proces oczyszczania trwa jakieś trzy tygodnie. W tym czasie obowiązuje bezwzględny zakaz palenia tytoniu, picia alkoholu i stosowania jakichkolwiek używek, o seksie nie wspomnę, bo niewielu pacjentów miałoby nań siłę, po tych wszystkich wymiotach i lewatywach. Kucharze i lekarze karmią pacjentów ziołami, medykamentami i zielskiem – dieta całkowicie wegetariańska, pozbawiona nadmiaru soli i ostrych przypraw, choć przeważnie bardzo smaczna. Jedyne, co nam wolno spożywać właściwie bez ograniczeń to woda, najlepiej gorąca lub mocno ciepła. Po zabiegu kąpiemy się i leżymy w hamaku, na leżaku, łóżku – trzeba zebrać siły na kolejną ofensywę. Dużo wypoczywamy, bo do zwalczenia ama i wywołanych przez nie chorób potrzebujemy bardzo dużo energii.  Ale przecież człowiek, według ajurwedy, to nie tylko to pocące się i wymiotujące ciało. Jest też duch, umysł, psychika, czy jak tam nazwać to COŚ, co czyni nas świadomymi, cierpiącymi i zadającymi pytania. Tym czymś też trzeba się zająć. Dlatego podczas tradycyjnej terapii panćakarmy wskazane jest rozruszanie zbolałego ciała za pomocą działających także na ducha ćwiczeń jogi. Nie ważne, że nie potrafisz stanąć na głowie i założyć nogi na szyję. Są prostsze asany, a w każdej z nich zawarte są spokój, odprężenie, wyciszenie i energia. W niektórych ośrodkach ajurwedyjskich prowadzone są również sesje medytacji, żeby pogłębić stan ogólnego relaksu i poćwiczyć pranajamę, sztukę świadomego oddychania . Można też medytować indywidualnie, co wcale nie jest takie trudne, jakby się zdawało – wystarczy usiąść na plaży, wsłuchać się w szum morza, pogapić się na rzekę, palmy, pooddychać. I joga i medytacja podkreślają wagę prawidłowego i świadomego oddechu. Oddech – prana – również przyczynia się do procesu leczenia i do ostatecznego sukcesu w walce z chorobą lub z nadmiarem ama.

Po zakończeniu procesu oczyszczania nie możemy tak po prostu wrócić do codziennego pośpiechu i bylejakości. Okres po panćakarmie nazywa się paśćatyakarma i polega na odbudowie sił. Dużo odpoczywamy, dbamy o dietę, praktykujemy jogę lub inną relaksującą nas aktywność fizyczną, na przykład długie spokojne spacery. Medytujemy, jeśli to nam pasuje i nam pomaga, wycisza. Oczywiście,  musimy też przestrzegać wskazówek udzielonych nam na zakończenie detoksykacji przez lekarza prowadzącego i przyjmować przepisane przez niego leki. I jesteśmy odtruci, zbalansowani i gotowi na nowe wyzwania.

Po co nam to było?

Co daje panćakarma oprócz tego, że uwalnia organizm od podłych i podstępnych ama? Oj,  całkiem sporo korzyści dla naszego ciała i umysłu. Subtelna równowaga naszych dosz to na początek, a za tym podążają takie benefity jak: utrata kilku kilogramów, poprawa kondycji skóry, poprawa metabolizmu, wzmocnienie odporności, osłabienie głodu nikotynowego i innych głodów, a może nawet całkowite wyzwolenie się z nałogu (o ile taka nasza wola), odmłodzenie i spowolnienie procesów starzenia. Ponadto stan naszego systemu nerwowego ulega znaczącej poprawie, spada poziom stresu, niepokojów, lęków, rozdrażniania. Stajemy się bardziej witalni, silniejsi. Mózg pracuje na pełnych obrotach, lepiej śpimy. Nasze stawy mają się znacznie lepiej, mniej kaszlemy i więcej w nas optymizmu. Same plusy i to do tego dodatnie.  Warto było poddać się torturom. Ale czas wracać do codzienności. A tam, zaraz za rogiem opuszczonego przez nas właśnie ośrodka ajurwedy, czają się pokusy, czyhają problemy, dybie na nas pośpiech życia. Niełatwo zachować dyscyplinę. Wakacje się skończyły, czas do pracy. Budzik, korki, hałas, zgiełk, stres. Zamiast wegetariańskiego obiadu buła z fastfoodu. Zamiast porannej jogi szybka kawa i biegiem w kołowrót codzienności. Niełatwo uczynić ajurwedyjski styl życia swoją codziennością, choć przecież ajurweda tak niewiele wymaga. Wymaga uważności, dbania o siebie, refleksji. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. I dlatego ajurweda zaleca poddawanie się zabiegom panćakarmy cyklicznie. Raz w roku, rzadziej, częściej. Wszystko zależy od kondycji organizmu. Najlepiej oczywiście byłoby uczynić ajurwedę swoją drogą życia. Dobrze się odżywiać, porzucić nałogi, wypoczywać, medytować, opanować negatywne emocje. Ale nawet wtedy dopadną nas ama, choć wolniej i z mniejszą intensywnością. A dopadną, bo są wszędzie. Bo życie to wymiana energii, nie tylko tych dobrych. Bo spaliny, zanieczyszczania, hałas, pestycydy. Żyjąc, wciąż gromadzimy ama. Dlatego ajurweda zaleca panćakarmę nawet ludziom zdrowym jak ryby i silnym jak słonie. Ot, profilaktycznie, dla dodania sił i energii. Bo bez tej boskiej Prany, bez siły boskiego Agni to nijak nie damy rady.

 

Dodaj komentarz

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter