Najpierw przywieźli nam HIV, teraz zombie

Dla niektórych widzów to niezbyt wysokich lotów komedia, dla innych nieudany horror, który wcale nie jest horrorem, bo nie straszy tak, jak powinien, tymczasem Go Goa Gone (2013, Krishna D.K., Raj Nidimoru) to przede wszystkim film traktowany zbyt powierzchownie i pewnie przez to niesłusznie niedoceniany.

Krytyka obcych wpływów płynących przede wszystkim z zepsutej zachodniej kultury nie jest w kinie indyjskim nowym zjawiskiem, chociaż jej nasilenie zmienia się w poszczególnych dekadach. Współcześnie trudno odnaleźć piętnowanie pijących alkohol lub noszących skąpe stroje bohaterek w dziełach uznanych reżyserów, wyraźnie jednak wzrosła liczba filmów, w których krytyka wymierzona została w narkotyki. Jest to o tyle interesujące zjawisko, że dla wielu mieszkańców Zachodu to właśnie Indie są miejscem, które często się z narkotykami kojarzy, a liczni młodzi turyści właśnie dlatego postanawiają odwiedzić subkontynent, że można tam stosunkowo łatwo dotrzeć do wszelkiego rodzaju substancji odurzających. Czy zatem możliwe jest, że kraj, który sam przyciąga obcokrajowców tak specyficzną ofertą, jednocześnie produkuje filmy obwiniające ich właśnie za to, że nabywają oferowany im towar? Okazuje się, że tak. Co więcej, filmy tego typu nie pojawiły się w ostatniej dekadzie, jak by to się mogło wydawać, wystarczy wspomnieć Charas (1976, Ramanand Sagar), czy Hare Rama Hare Krishna (1971, Dev Anand), których twórcy już w latach siedemdziesiątych zainteresowali się tym problemem.

Z dwóch wspomnianych ekranowych historii Charas jest filmem, który koncentruje się na przemycie haszyszu do Europy, Hare Rama Hare Krishna zaś opowiada o spożywaniu go na miejscu, w Nepalu przez szukających „wschodniego oświecenia” hippisów. W filmach współczesnych twórcy nie tylko zwrócili uwagę na twardsze narkotyki, ale też przenieśli akcję swoich dzieł do innych części kraju, często wybierając malownicze plaże Goa. W 2011 roku na indyjskie ekrany wszedł film Dum Maaro Dum (Rohan Sippy), którego tytuł nawiązuje do jednej z piosenek ze wspomnianego Hare Rama Hare Krishna. Film ten, nawiązujący do wcześniejszego dzieła o podobnej tematyce sam pojawia się w Go Goa Gone, tworząc w ten sposób pewną ciągłość i pokazując, że problem, jaki przedstawia był i nadal pozostaje palący. Podobieństwo między obydwoma obrazami nie kończy się jedynie na miejscu akcji, czy też wyraźnej wzmiance o rosyjskiej mafii, która urządzając spektakularne imprezy dystrybuuje swoje narkotyki rozochoconej młodzieży. Obydwa dzieła prezentują też, czy może przede wszystkim, jak łatwo jest wpaść w tarapaty i do jakiego stopnia jedna decyzja może zaważyć na całym życiu.

Mamy tu zatem do czynienia z bohaterami, którzy świadomie podjęli ryzyko, nie zostali do niczego zmuszeni szantażem, jak to miało miejsce jeszcze w filmie Charas, ani nawet nie są nieszczęśliwymi ofiarami rozpadu rodziny na skutek zachodniej mody, która każe się ludziom rozwodzić, jak stało się w Hare Rama Hare Krishna. Co więcej, filmowy czarny charakter jest znanym biznesmenem, który pomaga ludziom borykającym się z uzależnieniami, czym tylko potwierdza znane powszechnie spiskowe teorie mówiące o tym, że producenci leków wywołują choroby, a tworzący komputerowe programy antywirusowe są odpowiedzialni za coraz nowsze wersje wirusów. Twórcy Go Goa Gone posunęli się jednak znacznie dalej i w swojej historii postawili na głowie cały porządek i logikę. Co ciekawe, nie traktują jako niespodzianki faktu, że ich dzieło opowiadać będzie o zombie, czym być może sprawili wielu spragnionym przerażającego horroru widzom tak przykrą niespodziankę. Można się jednak domyślić, że twórcy filmu, którzy już w pierwszej scenie wprowadzają element związany z żywymi trupami i nie ukrywają ich istnienia w kinowych zapowiedziach swojego dzieła, tak naprawdę mają na myśli coś innego i na inne rzeczy pragną zwrócić widzom uwagę, jest to bowiem opowieść krytykująca wszystko, włącznie z samą krytyką.

Bohaterowie to trójka przyjaciół, z których tylko jeden jest porządnym chłopcem, dwaj pozostali natomiast cenią sobie przede wszystkim przyjemności. Kiedy więc przykładny bohater zostaje wysłany na konferencję na Goa, przyjaciele namawiają go żeby zabrał ich ze sobą, a niedługo potem wszyscy trzej lądują na wielkiej imprezie urządzonej na wyspie. Podczas zabawy zaprezentowany zostaje nowy narkotyk, który jest jednak zbyt drogi dla naszych bohaterów i mimo że dwóch z nich na pewno by po niego sięgnęło, gdyby miało okazję, muszą znaleźć sobie inne sposoby na zabawę. Kiedy budzą się następnego dnia, odkrywają, że narkotyk zamienił ludzi w zombie, podejmują więc rozpaczliwą próbę ucieczki przed śmiercią. Pomysł przedstawienia uzależnionych od narkotyków ludzi jako zombie jest w pewnym sensie naturalny, a fakt, że pokazane na ekranie żywe trupy nie budzą przerażenia, prawdopodobnie również ze względu na to, że atakują w tak pięknej, słonecznej scenerii, również wydaje się być świadomym zabiegiem. Niezbyt straszne potwory są oczywiście niebezpieczne, ale też przy okazji żałosne, zupełnie jak pragnący zrobić wrażenie na innych młodzi ludzie, którym się wydaje, że sięgając po narkotyki imponują otoczeniu. I tak, jak filmowym zombie rzeczywiście kilka razy udaje się wystraszyć widza, tak samo zapewne ich odpowiedniki niejednokrotnie są w stanie oczarować innych. Szkoda tylko, że większość widzów potraktowała filmowe zombie dosłownie i nie potrafiła spojrzeć na dzieło inaczej niż tylko przez pryzmat horroru.

Krytyka, jak już zostało wspomniane, nie ogranicza się w filmie jedynie do narkotyków jako takich, ale też do innych używek, a nawet broni, co zostało dowcipnie przedstawione w otwierającym dzieło wyliczeniu elementów, które zabijają. Odnosi się ona także, czy może przede wszystkim, do samego współczesnego świata, który sam w sobie coraz częściej zamienia ludzi w zombie. Na tym polega przewrotność i świeżość filmu; nie obwinia on Zachodu za uzależnianie indyjskiej młodzieży od narkotyków, tylko prezentuje sposób, w jaki nie tylko różne odurzające substancje, ale przede wszystkim technologia i globalizacja wyłączają ludzkie mózgi. Widać to wyraźnie zwłaszcza w scenie, w której towarzysze zmuszają jednego z chłopców, podejrzanego o to że został zainfekowany, do recytowania tabliczki mnożenia. Kiedy bohater nie potrafi poradzić sobie z tym zadaniem, zaczyna się bronić mówiąc, że zawsze używał do takich celów kalkulatora, a więc, jak widać, nie potrzebował narkotyków, żeby stać się swego rodzaju zombie. Podobnej krytyce został w filmie poddany Facebook, który służy jedynie kolekcjonowaniu przyjaciół oraz schematyczne myślenie, odzwierciedlające się w powtarzaniu zapamiętanego z pracy motta Steve’a Jobsa, czy samo wyparcie przez przywiezione z zewnątrz zombie rodzimych potworów.

W tym kontekście krytyka skierowana pod adresem filmu staje się szczególnie interesująca, jak bowiem widać osoby, którym na hasło „zombie” włączyło się w głowie światełko „horror”, nie są w stanie dostrzec przekazu filmu i jego znakomitej zabawy konwencją, stając się tym samym częścią myślącego schematycznie społeczeństwa, które film tak mocno krytykuje.

[tekst: Tatiana Szurlej]

Jeśli wybierasz się do Indii Szerokopojętych i potrzebujesz inspiracji, zajrzyj na stronę naszego biura podróży.
Skontaktuj się jeśli potrzebujesz pomocy w organizacji pobytu:
info@strefawypraw.com.pl | tel. 12 4441293

biuro podróży STREFA WYPRAW

Dodaj komentarz

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter