Swayambhunath

Lotos na jeziorze i wszy bodhisattwy

Na zachód i w górę od centrum Kathmandu, właściwie na jego obrzeżach, gdzie na zakurzonych podwórzach gdaczą kury, a riksza podskakuje na wybojach, pnie się ku niebu wzgórze mocy nazywane Samobędącym, gdyż stworzyło się samo w sposób cudowny i absolutnie magiczny.

 Przed wiekami, przed tysiącleciami, kto to zresztą wie kiedy i jak dawno to było, teren dzisiejszej Kotliny Kathmandu zajmowało rozległe jezioro. Jezioro musiało być magiczne, bo żadna święta księga nie wspomina, który to bóg pstryknął palcami, żeby powstało. Pewnego dnia, na początku jakiegoś eonu, na środku jeziora rozkwitł niespodzianie ogromy, przepiękny kwiat lotosu. Też sam z siebie – swayambhu. Kwitł tak, kwitł, aż zaczął promieniować potężnym magicznym światłem (też swayambhu). Światło to, pochodzące zapewne z najbardziej sekretnego zakamarka serca Ziemi, rozprzestrzeniało się na znaczne odległości. Nie wiadomo, czy byli wtedy na Ziemi jacyś ludzie, do których mogłoby dotrzeć, ale na pewno był Bodhisattwa Mądrości – Manjushri (Mandźuśri). Medytował już kilka stuleci gdzieś na pograniczu obecnych Chin i Tybetu, zupełnie zapominając nie tylko o bożym świecie, ale i o własnym jestestwie. Wtedy dotarło do niego światło Samobędącego Lotosu. Wskoczył więc Bodhisattwa na grzbiet błękitnego lwa i pognał co sił w lwich łapach (pewnie lecieli w powietrzu, jak to drzewiej najczęściej bywało) w kierunku źródła światła. Po przybyciu nad jezioro stwierdził, że jest to miejsce święte i potężne, a energia Samobędącego Lotosu może być zbawienna dla zaplątanych w sieci samsary czujących istot. Potężnym ciosem potężnego Miecza Mądrości wyrąbał w otaczających jezioro górach wąwóz i tym sposobem dokonał melioracji, osuszając kotlinę, która później, znana jako Kathmandu Valley, została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Pozbawiony jeziora lotos samoistnie (swayambhu) zamienił się we wzgórze, na które dziś musi się wdrapać każdy, kto zawita do podhimalajskiej stolicy.

 Ze wzgórzem Swayambhunath i tym wszystkim, co się na nim obecnie znajduje, związanych jest wiele legend i ludowych opowieści, poświęcono mu nawet osobną księgę Swayambhu Purana, wyjaśniającą w kontekście mitologicznym, religijnym i symbolicznym historię i znaczenie tego jakże tajemniczego miejsca, które przyciąga niczym magnes, pomimo 365 stromych i wielce niewygodnych kamiennych stopni, kurzu i wszechobecnych wszy Bodhisattwy.

 „Prawdziwa” historia stojącej na wzgórzu Stupy Swayambhu jest niejasna i nie do końca sprecyzowana. Najczęściej datuje się ją na V wiek naszej ery, o czym świadczą znalezione w okolicy kamienne inskrypcje, ale gdzie indziej wspomina się, że Swayambhunath odwiedzał cesarz Aśoka, a mogło to mieć miejsce osiem wieków wcześniej.

Ostatnio zajęto się stupą w 2010 roku i teraz wygląda jak nowa, z dodatkowymi dwudziestoma kilogramami złota zużytymi na odnowienie złoceń. Pieniądze na złoto przypłynęły z Ameryki od bogatych buddystów z bogatej Kalifornii, więc nie ucierpiał na tym ubogi Nepal.

 Na początku było jezioro, lotos, kotlina, wzgórze. Potem na wzgórzu pojawiła się stupa, budowla bardzo szczególna, a z biegiem lat i stuleci obok i wokół wyrosło całe święte miasteczko, ze świątyniami, klasztorami, kapliczkami, posągami, sklepikami, a nawet kawiarenkami i hostelami.

 Każdego, kto pokona astronomiczne schody, przywita wielki złoty piorun, a raczej jego ikonograficzne wyobrażenie zwane w sanskrycie Wadżra, a po tybetańsku Dordże. Dordże symbolizuje energię, moc, siłę sprawczą i męski aspekt rzeczywistości.

 Oczywiście, najważniejszym obiektem na świętym wzgórzu jest stupa – wielki, przesycony symboliką relikwiarz, w którym od nie wiadomo ilu wieków przechowywane są skarby i artefakty, o których wartości historycznej i religijnej raczej nigdy się nie przekonamy, bo stupy nikt nigdy nie otwierał i nigdy nie otworzy, chyba że świat całkowicie przewróci się do góry nogami, zapanuje pierwotny chaos, a entropia uporządkuje wszechświat według własnego widzimisię.

Swayambhunath Stupa i wzgórze czczone są przez hinduistów, wyznawców buddyzmu tybetańskiego z północnego Nepalu i samego Tybetu oraz buddystów newarskich, łączących w sposób uroczy i beztroski elementy buddyzmu i hinduizmu. Każdego dnia, wraz ze świtaniem, na wzgórze wdrapują się setki ludzi, żeby po wielokroć okrążyć relikwiarz. Większość robi to zgodnie z ruchem wskazówek zegara, Newarowie chodzą na odwrót, a Tybetańczycy dodatkowo kręcą młynkami i przebierają palcami po różańcach.

 Świątynie i kapliczki w „miasteczku” Swayambhu są w przeważającej mierze buddyjskie (newarskie i tybetańskie), ale jest i świątynia hinduistyczna, poświęcona Harati Devi, Bogini czarnej ospy i wszelkiej zarazy, tu i ówdzie można natknąć się na lingamy Śiwy, pięknie zamaskowane i udekorowane po buddyjsku, a wokół roi się od posągów i posążków świętych, Buddów, bóstw szamanistycznych i tantrycznych. Każdy posąg, każda świątynia i kapliczka mają swoją historię, wiele z tych magicznych opowieści uległo zapomnieniu, a czasem kilka różnych historii opowiada o jednym i tym samym miejscu – Swayambhunath jest jak tajemna księga pełna sekretów wciąż czekających na odczytanie, szyfrów, zagadek i ukrytych znaczeń. Niektóre opowieści są jednak powszechnie znane i przekazywane z pokolenia na pokolenie.

 Świątynka Śantipur jest bardzo niepozorna i szara, wyróżnia ją tylko umieszczona po prawej stronie od wejścia płaskorzeźba przedstawiająca Buddę w czerwonej szacie. Tymczasem w budynku znajduje się wejście do podziemnej sekretnej komnaty, w której od trzynastu bez mała stuleci żyje mistrz tantry Śantikar Aćarja. Ten leciwy jogin, poprzez nieustanną medytację i praktykę tantry, został wielkim magiem i ze swojej tajemnej i zamkniętej na głucho siedziby załatwia swoje niezbadane, a z pewnością istotne dla świata interesy. Wiadomo, że pośród mocy, które posiadł jest pełne panowanie nad kaprysami natury, potrafi na przykład sprowadzać deszcz. Do komnaty jogina ma prawo wejść jedynie król Nepalu i to tylko wtedy, gdy krajowi zagraża susza. Mistrz ofiarowuje władcy magiczną mandalę, która po wyniesieniu na powierzchnię natychmiast sprowadza na wyschniętą ziemię dobroczynny deszcz. Nie wiadomo dlaczego późniejsi władcy królestwa zaniechali tej praktyki, bo ostatni raz otwarto „kryptę” Śantikara Aćarji w roku 1658! Teraz i tak nie ma to znaczenia, bo Nepal przestał być królestwem, ale sama świątynia budzi respekt, jest trochę złowieszcza, i panuje w niej trudna do opisania niesamowita atmosfera.

 Stupa Swayambhu nazywana jest, głównie przez turystów, Monkey Temple (Świątynią Małp). W zasadzie nie wiadomo dlaczego, bo małp jest równie dużo w innych świętych miejscach, na przykład w Paśupathinath, wokół świątyni Śiwy i miejsc kremacyjnych. Małpy po prostu gromadzą się tam, gdzie przychodzi dużo ludzi, a wraz z nimi jedzenie i możliwość płatania psikusów. Ale małpy w Swayambhu są szczególne i niektórzy nawet uważają je za święte, a to za sprawą ich niezwykłego pochodzenia.

SwayambhunathGdy Bodhisattwa Mandźuśri wybrał się na swoim latającym lwie nad magiczne jezioro, żeby w rezultacie tej podróży stworzyć dzisiejszą Kotlinę Kathmandu, miał za sobą długie lata odosobnienia i intensywnych medytacji. Nie miał czasu, by zająć się włosami, które rosły i rosły, aż powstały zmierzwione, sięgające samej ziemi bezładne dredy. W niemytych i nieczesanych włosach ochoczo zagościły wszy, z których obecności, pogrążony w medytacji Bodhisattwa, nie zdawał sobie sprawy. Jednak już w podróży zaczęły mu one dokuczać, więc po przybyciu na miejsce postanowił się ich pozbyć. Wiadomo jednak, że Bodhisattwa nie jest w stanie skrzywdzić żadnej czującej istoty, choćby to była niesympatyczna i mało pożyteczna wesz. Wytrząsnął i wyczesał całe robactwo z włosów i … zamienił je w małpy, które od tej pory bezkarnie rezydują na świętym wzgórzu szczerząc zębiska, kradnąc i żebrząc. Jasne, że wzbogacają koloryt i podnoszą poziom egzotyki, ale trzeba na nie uważać.

Oprócz małp żyją sobie na Swayambhu psy. Może raczej wegetują i umierają, bo, przyciągane magnetyzmem świętego miejsca, przyłażą tu, by dokonać żywota najbardziej sterane życiem kundle, jakie zdarzyło mi się widzieć (no, może jeszcze w świętym Benares). Ale nie wszystkie, niektóre mają właścicieli i mają się dobrze, wylegując się przy straganach z pamiątkami. Bo straganów z pamiątkami i dewocjonaliami nie może zabraknąć w żadnym świętym miejscu na całym świecie. I podobnie jak w każdym świętym miejscu na świecie także i w Swayambhunath są tłumy ludzi: turystów, żebraków, mnichów, pielgrzymów, sadhu, handlarzy, przewodników i wydrwigroszy. Najspokojniej jest o zmierzchu i o świcie, kiedy wzgórze opanowują skupieni na modlitwie pobożni mieszkańcy miasta i pielgrzymi – buddyści i hinduiści. Warto się do nich przyłączyć, wdrapać na kamienne schody, obejść kilkakrotnie świętą stupę, pokręcić młynkami, wypowiedzieć do budzącego się dnia kilka dobrych zaklęć i w nagrodę otrzymać wspaniałą panoramę Kathmandu, nad którym zaczyna wznosić się złocista kula słońca. O ile oczywiście smog nad miastem nie będzie zbyt gęsty, albo nie skryją go chmury, ale i wtedy jest pięknie: rozpościerająca się przed i pod nami mglista przestrzeń przywodzi na myśl mityczne jezioro, od którego wszystko się zaczęło.

Jeśli wybierasz się do Indii Szerokopojętych i potrzebujesz inspiracji, zajrzyj na stronę naszego biura podróży.
Skontaktuj się jeśli potrzebujesz pomocy w organizacji pobytu:
info@strefawypraw.com.pl | tel. 12 4441293

biuro podróży STREFA WYPRAW

Dodaj komentarz

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter