Kilka okruchów zwierciadła

JEZIORA NA SZLAKU LEH-MANALI

Himalajskie jeziora przyciągają turystów niezwykłymi barwami i niepowtarzalną scenerią. Wysokie góry, śnieżne szczyty, jałowy krajobraz, jak z odległej, bezludnej planety, a wśród tego wszystkiego niebieskie, zielone, białe, złote i czarne perły jezior – zgubionych klejnotów nieznanej bogini.

Podróżując z Indii do Ladakhu i przemierzając ten ostatni, nie sposób nie zobaczyć kilku spośród tych tworów matki natury, która pchając na siebie płyty tektoniczne i wysyłając w drogę ku dolinom potężne lodowce, stworzyła słodkie, słone i słonawe akweny, urozmaicające i tak już urozmaicony krajobraz Kaszmiru, Ladakhu i Himachal Pradesh.

Żeby dotrzeć do jednego z tych zaklętych himalajskich jezior trzeba pięć godzin tłuc się z Leh przez wysokogórskie „highway’e”. Na szczęście krajobraz po drodze jest na tylne niezwykły i niepokojący, że podróż pod żadnym względem nie może wydawać się nudna, a widok, który ukaże się na końcu drogi, wart jest wielu niewygód i wyrzeczeń.

Położone w newralgicznym politycznie miejscu słone jezioro Pangong jest jednym z największych tego typu akwenów na świecie. Pas niesłychanie niebieskiej wody, otoczony wysokimi, surowymi górami, mierzy sobie jakieś 180 kilometrów wzdłuż i zaledwie pięć kilometrów wszerz. W słoneczny dzień, rozrzedzone na wysokości ponad 4200 metrów n.p.m. powietrze i ostre światło kreują wspólnie niewiarygodny spektakl barw. Jezioro opalizuje, granatowieje, złoci się, ukazując zwierciadlane odbicia okolicznych gór, które również wydają się złote, a w miejscach zacienionych atramentowo czarne.

Zaledwie jedna trzecia Pangongu leży po stronie indyjskiej, reszta po tybetańskiej, czyli, zgodnie z politycznym podziałem świata, po stronie chińskiej. Granica jest, na szczęście, niewidzialna i woda z zasilających akwen strumieni spływa swobodnie po stronie chińskiej i miesza się z tą pochodzącą z nielicznych rzeczek po stronie indyjskiej. I po obu stronach jest jednako słona, co nie przeszkadza siarczystym mrozom w zamrażaniu jej na amen, w okresie zimowym oczywiście, choć w innych porach roku też różnie z tym bywa. Pogoda tu w ogóle kapryśna i ewentualny biwak czy nocleg w dostępnych na miejscu namiotach może okazać się dla niektórych przygodą ekstremalną. Ale warto zaryzykować przemarznięte uszy i zobaczyć w zamian cud zachodu albo wschodu słońca w tym pełnym niezwykłego czaru miejscu. To istny raj dla miłośników fotografii, także tych, którzy wolą przyrodę ożywioną, bo sporo tu ptactwa, kaczek, mew i czarnoszyich żurawi, a czasem można natknąć się na świstaka ladakhijskiego, śmiesznego gryzonia wielkości niedużego psa. W samym jeziorze życie jest raczej ubogie, jakieś tam skorupiaki i niewidoczne gołym okiem stworzonka, ale dzięki temu woda jest krystalicznie czysta.

Patrząc na chłodne, niepokalane wody aż trudno uwierzyć, że kiedyś, podczas konfliktu zbrojnego pomiędzy Indiami a Chinami, w 1962 roku toczyły się tu walki. Ale jezioro było świadkiem nie tylko akcji militarnych, bollywoodzki reżyser, Rajkumar Hirani kręcił tu zdjęcia do swojego hitu ekranowego „Trzej idioci”. Jezioro zniesie wszystko, i wojenne awantury i więcej niż trzech idiotów.

Za przełęczą Chang, która w najwyższym miejscu wznosi się na 5359 m n.p.m., w Dolinie Rupshu, na wysokości około 4000 metrów pyszni się błękitem solankowe jezioro Kiagar, nieopodal znajdują się jeszcze jeziora Rupshu i Kar, nazywane Białym Jeziorem – tyle soli nagromadziło się na jego brzegach. Nomadowie, oprócz koczowniczo-pasterskiego trybu życia, wiodą też tryb zbieracko-wydobywczy: pozyskują zgromadzoną na brzegach sól do celów handlowych i docelowo spożywczych. Białe Jezioro ma też swoje gorące, lecznicze źródła i przepiękny widok na jedyne w okolicy słodkowodne jeziorko Panluk.

Okolica tu piękna, a jakżeby inaczej w takim miejscu na Ziemi, zamieszkiwana nie tylko przez koczowników, ale i przez dzikie owce, kozy, jaki, dzikie osły, świstaki i himalajskie dzikie gęsi.

Każde z jezior warte jest podziwiania i uwiecznienia, ale główną atrakcję turystyczną stanowi czwarte – Tso Moriri. Może dlatego, że jest to największe jezioro w Indiach i największe spośród najwyżej położonych w tej części Himalajów. Zasilane przez topniejące śniegi, lodowce i lodowate strumienie, rozpościera się na wysokości ponad 4500 m n.p.m., a jego wody są słone i jałowe. Faluje cicho pośród kłaniających mu się gór i podobno kilka razy dziennie zmienia kolor, w zależności od ilości i natężenia światła. Mieni się wszystkimi odcieniami błękitu, seledynem, zielenią i złotem. Rumieni się o wschodzie i pomarańczowieje o zachodzie słońca. Nocą przybiera kolor soku z kałamarnicy i kto wie, jakie pławią się w nim wtedy potwory. Nie wiadomo, czy owe kolorowe czary czyni samo słońce w zetknięciu z lodowatą wodą, czy mają tym swój udział także kryształki soli wypływające z odmętów na powierzchnię i cumujące przy brzegach.

Zimą wszystkie jeziora są białe jak sól, jak śnieg, jak samotność w górach. Bo zimą nie ma tu nikogo, nie licząc zagubionej w śniegach wioski Korzok, czających się za zasiekami uzbrojonych po zęby pograniczników, śnieżnych panter i tybetańskich wilków, krążących wokół białych brzegów niczym białe zjawy. Wiosną znowu przylecą żurawie.

Kiedy kończy się buddyjski Ladakh i zaczyna hinduistyczny Himachal Pradesh, Himalaje wciąż trwają ponad podziałami i wciąż przeglądają się w źródłach swoich jezior. Jednym z nich jest Jezioro Słońca, poświęcone bóstwu solarnemu Surji. Choć nie jest wielkie w porównaniu do innych mijanych na szlaku akwenów, bo mierzy zaledwie osiem kilometrów długości, to wysokość jego położenia jest imponująca, niemal 4900 m n.p.m., a okolica zachęcająca do wycieczek pieszych i rowerowych, latem, ma się rozumieć, bo zimą – szkoda gadać. Królestwo Zimy, Himalaje, mają swoje odwieczne zwyczaje i nic nie powstrzyma mrozu przed zamachem na wolność jezior. Ale w miesiącach letnich, gdy mróz odpuszcza i słońce zaczyna rozgrzewać zziębnięte grzbiety kamiennych olbrzymów, jezioro Suraj zaprasza i zachęca, uwodzi cudnymi, pełnymi spokoju pejzażami i obietnicą nietuzinkowej przygody.

Jezior na przecinającym Ladakh szlaku Leh-Manali jest oczywiście znacznie więcej, niektóre z nich całkiem słusznych rozmiarów, inne znikome jak okruch zwierciadła zgubiony wśród skał. Wszystkie są na swój sposób wyjątkowe. Bo bardzo wysoko, bo w głowie się kręci od ubogiego w tlen oddechu, bo kolory przekraczają swą głębią wszelkie granice zdrowego rozsądku, bo to himalajskie jeziora, po prostu.

Jeśli wybierasz się do Indii Szerokopojętych i potrzebujesz inspiracji, zajrzyj na stronę naszego biura podróży.
Skontaktuj się jeśli potrzebujesz pomocy w organizacji pobytu:
info@strefawypraw.com.pl | tel. 12 4441293

biuro podróży STREFA WYPRAW

Dodaj komentarz

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter