Dhaka. Stolica barwnego chaosu

Rozłożyła się w delcie Gangesu i Brahmaputry jakieś półtora tysiąca lat temu. Od tego czasu zmieniała nie tylko suknie i kolor szminki. Zmieniała religie, wymieniała władców, przeżywała całe dynastie. Raz na wozie, raz pod wozem. Była miastem w buddyjskim księstwie Kamarupa, częścią imperiów hinduistycznych Palów i Senów, mogolskim miastem Jahangira; zagarnięta przez Brytyjczyków, którzy w zamian za uległość obdarzyli ją elektrycznością i kanalizacją, królująca nad wschodnią, wyizolowaną częścią Pakistanu, wreszcie stała się stolicą niepodległego Bangladeszu, krainy mokradeł, Sundarbanów, tygrysów i bezdroży.
Dzisiejsza Dhaka liczy jakieś 10-18 milionów ludzi, jeśli wziąć pod uwagę rustykalne przedmieścia i miejscowości-satelity. Liczby mówiące o gęstości zaludnienia są po prostu niewiarygodne, ale wiele poważnych źródeł nie może się mylić: w Dhace na 1 kilometr kwadratowy przypada (liczby różnią się między sobą w zależności od tego, czy brana jest pod uwagę ludność żyjąca w ścisłych granicach administracyjnych miasta, czy też cała metropolia) … od 20 000 – 40 000 osób! Też nie chce mi się wierzyć. Ale tam jest naprawdę tłoczno. Najbardziej zatłoczone, napchane ludzkim mrowiem miasto świata to właśnie Dhaka.

Dhaka powstała i rozbudowała się wokół kilku centrów handlu nazywanych bazarami (Lakszmi Bazar, Tanti Bazar) albo miastami (Goal Nagar, Bania Nagar). Ogromny organizm miejski jest zatem zlepkiem jednostek pomniejszych, co już samo w sobie stanowi zalążek niezłego chaosu urbanistycznego i architektonicznego. Niejednolitość, przypadkowość, pozorny (a może i nie) brak jakiejkolwiek planowości rzucają się w oczy zwłaszcza w starszych, uboższych dzielnicach. Nowoczesne centra finansowo-handlowe robią bardziej cywilizowane wrażenie, a niektóre budynki mogą z powodzeniem konkurować z podobnymi biurowcami w innych światowych stolicach.

DhakaNa wąskich uliczkach starej Dhaki (ale nie tylko tam) królują wszechobecne i wszędobylskie riksze. Rowerowych trójkołowców jest tu ponad 400 000, co czyni bangladeską stolicę niekoronowaną królową światowego riksiarstwa. Są oczywiście i autoriksze, choć nie dorównują liczebnością tym poruszanym siłą ludzkich mięśni. Większe arterie, obwodnice i ronda opanowały samochody: osobowe, autobusy i fantazyjnie wymalowane ciężarówki (choć i tam wpychają się riksze). Wszystkie pojazdy, bez względu na ilość kół i rodzaj napędu, produkują egzotyczny hałas wytwarzany klaksonami, trąbkami, piszczałkami i czym tylko da się hałasować, żeby zwrócić na siebie uwagę współuczestników ruchu drogowego. Wszystko to, plus tabuny pieszych, kłębi się i mrowi, ryczy silnikami, pluje spalinami, wznieca tumany kurzu (w porze suchej, w czasie deszczów – rozchlapuje błoto), oślepia jaskrawymi barwami, gubi przewożony towar, zderza się, pokrzykuje i pędzi w sobie tylko znanym kierunku i celu. Nawet rzeka jest zatłoczona promami, jachtami, łodziami rybackimi i transportowymi, aż trudno uwierzyć, że są one jeszcze w stanie w ogóle się poruszać. Wszystko to przytłacza i przeraża. Jak i całe miasto Dhaka, pełne kontrastów społecznych tak ostrych, że samo patrzenie na nie rani jak potłuczone szkło.

To po co się tam w ogóle pchać, skoro przeraża i przytłacza, skoro już po wyjściu z lotniska musimy stawić czoło stadom hotelowych naganiaczy, taksówkarzy, ryksiarzy i przedstawicieli szarej strefy turystycznej? Po co łazić po ulicach, na których roi się od żebraków przyklejających się natychmiast do białego sahiba, jak rzep do psiego ogona? Po cholerę wdychać spaliny i inne bliżej niezidentyfikowane wyziewy miasta?
Są takie miejsca na ziemi, gdzie chaos, przekraczając umowne granice wyobraźni, staje się swego rodzaju ładem; gdzie hałas staje się lokalną muzyką, a brud i spaliny – kolorytem. Jeśli jesteśmy otwarci, pozbawieni uprzedzeń, cierpliwi i silni, z pewnością odnajdziemy w Dhace każdy skryty wśród śmieci okruch piękna. Nie da się tu zatrzymać na dłużej, ale warto poświęcić dzień, dwa, trzy, żeby poznać kilka ciekawych miejsc, spróbować różnorodnej kuchni, zrobić zakupy i przyjrzeć się ludziom, dla których Dhaka to jedyny istniejący świat. Inny mogą zobaczyć tylko w kinie, jeśli stać ich na bilet, albo w telewizji, jeśli stać ich na odbiornik.

Dhaka to także brama do Bangladeszu. Jeśli przyjeżdżamy w interesach, tu znajdziemy wszystkie potrzebne instytucje, firmy i banki. Jeśli przybywamy jako turyści, możemy w stolicy załatwić wszelkie niezbędne pozwolenia (podróżując po Bangladeszu, zwłaszcza po obszarach przygranicznych, można spotkać się z różnymi urzędniczymi niespodziankami), skorzystać z usług miejscowej agencji turystycznej, wynająć samochód i pomknąć ku najdłuższej na świecie plaży w Cox Bazar, albo powłóczyć się po bezdrożach w poszukiwaniu najciemniejszej nocy i najjaśniejszych gwiazd.

Cóż, zupełnie naturalnym odruchem jest chęć nieopuszczania hotelu, bezpiecznej wyspy dobrobytu, enklawy znanej cywilizacji. Miasto dysponuje naprawdę eleganckimi hotelami i są one, w porównaniu z cenami w innych azjatyckich (nie wspominając o europejskich) stolicach, stosunkowo tanie. Jeśli nie mamy bardzo oszczędnościowego budżetu, możemy zaszaleć i zamieszkać w jakimś 4- a nawet 5-gwiazdkowym. Duże hotele są wygodnymi do życia małymi miasteczkami z pasażami handlowymi, spa, basenami, restauracjami, centrami biznesowymi i dostępem do Internetu (choć ta usługa wciąż bywa tu droga). Rzeczywiście, można się stąd nie ruszać ani na chwilę, ale skoro przeleciało się bez mała pół globu, warto jednak porzucić czyściutki i schłodzony klimatyzacją pokój i zanurzyć się w niesłychanym świecie ogromnego miasta.

Dhakański tłum jest niewiarygodnie różnorodny. Mężczyźni z reguły ubierają się po europejsku, dżinsy i T-shirty to wszak strój narodowy globalnej wioski, jaką stała się planeta Ziemia. Kobiety są bardziej tradycyjne, pewnie po trosze przez męską dominację i tradycję religijną, ale nie tylko. Stroje kobiece są naprawdę śliczne i nawet wyemancypowane studentki dhakańskiego uniwersytetu, na co dzień chodzące w dżinsach, przy każdej nadarzającej się okazji wkładają wygodny salwar kamiz (luźne spodnie i długą przewiewną tunikę) albo sari. Bengalskie sari, nazywane dźamdani, to prawdziwy odzieżowy rarytas. Jest w całości tkane ręcznie, a jego wykonanie zajmuje nawet trzy miesiące. Oczywiście, zdecydowana większość kobiet zakrywa głowy, tradycyjną chustą, albo szalem. W ulicznym tłumie zobaczymy zarówno eleganckich biznesmenów jak i okrytych łachmanami żebraków, dzieci w szkolnych mundurkach, ludzi niosących na głowach ogromne toboły, bezradnych i powszechnie ignorowanych policjantów, próbujących opanować chaos, bosonogich riksiarzy tkwiących na posterunku przy swoich kolorowych pojazdach, gromadki dzieci, dla których ulica jest szkołą, a czasem także i domem. Wmieszanie się w ten tłum jest, w pewnym sensie, aktem odwagi. Trąd i gruźlica są tu realnym zagrożeniem. Tak jak i kieszonkowcy.

Zwiedzając Dhakę lepiej nie liczyć na transport publiczny, bo takowy w zasadzie nie istnieje. Pozostają riksze, których, jak już mówiłam, nie brakuje. Najlepiej wcześniej, z przewodnikiem w dłoni, zaplanować marszrutę i zastanowić się, co chcemy zobaczyć. A, wbrew pozorom, do zobaczenia jest całkiem sporo. Dla mnie osobiście największą frajdą jest bycie w obcym mieście samo w sobie. Zwiedzam codzienność i zwyczajność, odkrywając odmienność. Uliczne stragany, małe knajpki, centra handlowe czy muzea mają dla mnie taką samą wartość poznawczą i emocjonalną. W zwiedzanie zawsze angażuję wszystkie zmysły i uczucia. Zapewnia mi to pełne przeżycie miejsca, zanurzenie się w jego atmosferę, uchwycenie jego ducha. Robię tak zawsze, wszystko jedno czy to będzie miasteczko Końskie w Świętokrzyskiem, Poland, czy Tekek na malajskiej wyspie Tioman.

Ale wróćmy do Dhaki, do jej biedy, przeludnienia i smogu. Choć w takich warunkach trudno nawet oddychać, miasto jednak żyje, rozwija się i tętni dziką energią. Rośnie i coraz bardziej bogaci się klasa średnia, nowe technologie rozpierają się rubasznie pośród riksz i straganów z owocami, z ogólnej szarości i ubóstwa wyłaniają się bez wstydu i wyrzutów sumienia coraz liczniejsze wyspy luksusu – nowoczesne kondominia, otoczone ogrodami wille i ogromne galerie handlowe. Turystom jest coraz wygodniej. Studenci kształcą się i marzą. Pachnie biryani i kebab. Pomimo biedy i kosmicznego przeludnienia, Dhaka jest miastem dość bezpiecznym, pewnie dlatego, że Bengalczycy to ludzie z natury przyjaźni i pogodni. Czujność jednak nie zawadzi. Jak wszędzie są tu złodzieje, naciągacze, nieuczciwi sprzedawcy. Jak wszędzie na Wschodzie trzeba się targować, zwłaszcza, że ceny dla turystów wielokrotnie przewyższają te dla tubylców. Ze znalezieniem noclegu nie ma większych problemów, jeśli nie ma się wcześniejszej rezerwacji, można skorzystać z oferty hotelowej na lotnisku – każdy szanujący się hotel wysyła (najczęściej oznakowany) samochód i czatuje na chętnych tuż przy wyjściu z hali przylotów. Dopytujemy o cenę, wsiadamy i za chwilę włączamy się w piekielny korowód ruchu kołowego, by godzinę (przynajmniej) później znaleźć się w sercu jednego z najbrudniejszych, najbiedniejszych i najbardziej zatłoczonych miast świata. Z nieba leje się żar, przesycone spalinami wilgotne powietrze oblepia płuca brudną watą, wibrujące życie w najdziwniejszych swych przejawach przesuwa się za oknami auta. Jesteśmy w Dhace, w Bengalu, w Bangladeszu. Nie pozostaje nic innego, jak tylko otworzyć umysł i serce i spróbować przeżyć to miasto, sięgnąć do jego sekretów, polubić i zapamiętać. W moim sercu Dhaka ma swój ciepły kącik.

Dhaka praktycznie.
Wizę dostajemy na lotnisku, a przedłużyć możemy ją sobie w Urzędzie Imigracyjnym w centrum miasta.
Walutą Bangladeszu jest thaka, odmieniamy ją sobie po polsku, tam gdzie się da, np. płacę thakami, nie mam thaków, ale to tak na własny użytek, bo w Dhace i w całym Bangladeszu dogadujemy się po angielsku (chyba że znamy bengalski). Z tym dogadywaniem różnie bywa na prowincji, ale z reguły w miejscach odwiedzanych przez turystów i biznesmenów nie ma z tym problemu.
100 thaka to niecałe euro (plus minus 90 centów), za 100 euro dostajemy ponad 10 000 thaków. 1 dolar to jakieś 70-75 thaka. Kursy są płynne i ulegają zmianie, ale raczej na korzyść dolarów i euro niż waluty Bangladeszu.

Jeśli już los lub wolny wybór rzuciły nas do Dhaki, co warto zobaczyć, gdzie warto pójść?
Spośród zabytków zdecydowanie należy odwiedzić:
Lalbagh Kella, XVII-wieczny fort zbudowany przez księcia Mohammada Azama, syna wielkiego cesarza Aurangzeba, który (fort, nie cesarz) był niemym świadkiem niejednej krwawej bitwy, zarówno w czasach historycznych, jak i całkiem współczesnych. Na terenie twierdzy znajduje się kilka obiektów, a najciekawszym z nich jest z pewnością grobowiec Pari Bibi, córki mogolskiego gubernatora Shaist Khana, żony księcia Muhammada Azama. Budowla nie dorównuje przepychem i wyrafinowaniem najsłynniejszemu grobowcowi świata, Taj Mahal, ale jest również harmonijnym i pięknym pomnikiem miłości i pamięci. Oprócz grobowca warto rzucić okiem na meczet, salę audiencyjną i łaźnię, w której obecnie znajduje się muzeum.
Curzon Hall, przepiękny budynek, niegdyś ratusz, obecnie jeden z wydziałów Uniwersytetu.
Parlament (Jatija Sangsad Bhaban) uznawany za jeden z cudów architektury w tym regionie. Zaprojektowany przez amerykańskiego architekta Luisa I. Kahna budynek jest dobrze strzeżony, a turyści są tam wpuszczani pod pewnymi warunkami (np. ksero paszportu będzie konieczne). Wokół Parlamentu są piękne ogrody, w których można sobie na chwilę odetchnąć od hałasu i smrodu miasta.
Możemy jeszcze zobaczyć Różowy Pałac (Ahsan Manzil) – dawną siedzibę miejscowych nawabów (imponująca kopułę widać z daleka) i odpocząć w otaczającym go ogrodzie; jeden z największych meczetów świata Baitul Mukarram, pełniący rolę narodowej świątyni Bangladeszu (1968 rok), XVII-wieczny meczet Chawk, Dhakeshwari Jatiya Mandir – hinduistyczną świątynię dziesięcioramiennej bogini Dhakeśwari, z XII wieku, od której, być może, wywodzi się nazwa miasta. Znajdziemy tu również wiele innych obiektów sakralnych, meczetów, ale także kościołów chrześcijańskich i świątyń-klasztorów buddyjskich. Wiele z tych przybytków to obiekty zabytkowe z różnych epok (większość XVI –XVII w.)
Jeśli nie chce wam się oglądać zabytków, choć wypadałoby „zaliczyć” przynajmniej Fort Lalbagh, można iść sobie do Ogrodu Botanicznego, Zoo, któregoś z naprawdę pięknych parków miejskich, np. Baldha Garden albo Ramna Park, obejrzeć sobie port rzeczny Buriganga, zwiedzić Muzeum Narodowe, w którym jest sporo cennych i pięknych eksponatów, miedzy innymi z epoki buddyjskiej i hinduistycznej, albo wyruszyć na zakupy! Nowoczesnych centrów handlowych nie brakuje, a pamiętajcie, że w Dhace, mimo że to miasto stołeczne, jest taniej niż w innych stolicach regionu.

Co kupować w Dhace?
Raczej nie krewetki, tych się trzeba najeść do syta, bo są tu tanie jak barszcz. Kupujemy tekstylia, wyroby skórzane, biżuterię i porcelanę. Z tego właśnie słynie Dhaka, a głównie z przemysłu tekstylnego. Polecam porcelanę, elegancką i delikatną i kilkakrotnie tańszą niż w Europie (najlepiej dotrzeć do sklepu firmowego przy fabryce). Piękne dźamdani (ręcznie tkane sari) może być dość drogie, ale zawsze można kupić gustowny salwar kamiz, albo naprawdę niezłej jakości T-shirty. Towary markowe kupujemy w firmowych butikach w centrach handlowych (ale i wtedy nie mamy żadnej gwarancji, że to nie podróbki).

Co i gdzie jeść?
Jest i gdzie i co. I na każdą kieszeń. Duże hotele mają zwykle „szwedzkie stoły”, gdzie za rozsądną cenę można najeść się prawdziwych rarytasów i europejskich i azjatyckich. Są i miejsca, gdzie można pożywić się całkiem dosłownie za grosze, ale bywają tam zwykle tylko miejscowi. Nawet stosunkowo ubogi turysta może przebierać w restauracjach. Porcje są zwykle ogromne, a spośród potraw polecam biryani (ryż z różnościami), ryby, krewetki i kebaby.
W Dhace, jak i w całym kraju, obowiązuje (częściowa) prohibicja, ale w każdym większym hotelu czy restauracji można bez problemu dostać piwo, a sklep wolnocłowy na Zia International Airport obfituje w dowolne trunki (ograniczenia celne!).

Jak poruszać się po mieście?
Mimo że, jak wspominałam, miasto jest dość bezpieczne, lepiej nie łazić samemu, zwłaszcza, gdy jest się kobietą. Nie znaczy to, że na samotną turystkę zaraz rzuci się tłum potencjalnych gwałcicieli, ale można się poczuć naprawdę nieswojo. Oczywiście, wszystko zależy od tego, gdzie się znajdujemy. Centrum handlowe, hotel i okolice, miejsca, w których pełno jest bladoskórych (i skośnookich) turystów, to miejsca, gdzie nawet najbardziej nieśmiała kobieta może poruszać się samopas. Nie polecam natomiast samotnego włóczenia się po uliczkach starej Dhaki, zaułkach i zakamarkach. Chyba, że ktoś jest odporny na zaczepki, pyskaty i pewny siebie. Można spróbować. Bez zaczepek się nie obejdzie. Chociaż czasem wystarczą same spojrzenia.
Wszędzie, gdziekolwiek idziemy, bez względu na płeć, musimy pamiętać o odpowiednim ubiorze. Żadnych szortów, oczywiście. T-shirty ujdą. A najlepiej kupić sobie od razu salwar kamiz. Do meczetów wchodzimy boso, kobiety zakrywają głowę szalem, nawet, jeśli nikt tego nie wymaga wprost, będzie to mile widziane. Właściwie mężczyźni też powinni włożyć na głowy muzułmańskie czapeczki (coś pomiędzy mycką a piuską), ale na turystów patrzy się trochę z przymrużeniem oka, dzikie to i nieokrzesane, więc trzeba patrzeć przez palce.
Najlepiej poruszać się rikszą, bo wszędzie się wciśnie i jest tania. Dotarcie do niektórych ciekawych miejsc bez dobrego ryksiarza-przewodnika graniczy po prostu z cudem. Plątanina nieoznakowanych uliczek to istny mitologiczny labirynt. Wynajmując rikszę warto zorientować się na ile jej kierowca jest kumaty. Czy mówi po angielsku, czy wystarczająco zna miasto. Gdy zorientujemy się w czasie jazdy, że ryksiarz coś kombinuje, zmieniamy pojazd – tego kwiatu więcej niż pół światu.
Teoretycznie można wypożyczyć motocykl albo rower, ale nie polecam, ze względu na smog i szaleńczy ruch. Lepiej zdać się na zawodowca.
Są oczywiście również taksówki, ale one są narażone na utkwienie w korku, a to grozi zamkniętym w środku pasażerom upieczeniem, a po otwarciu okien uduszeniem, no chyba, że uda nam się znaleźć auto z klimatyzacją.


Jeśli wybierasz się do Indii Szerokopojętych i potrzebujesz inspiracji, zajrzyj na stronę naszego biura podróży.
Skontaktuj się jeśli potrzebujesz pomocy w organizacji pobytu:
info@strefawypraw.com.pl | tel. 12 4441293
biuro podróży STREFA WYPRAW

3 myśli na temat “Dhaka. Stolica barwnego chaosu

  1. Ja byłam:) Marzena też:) Czasem się jeździ do takich „dziwnych” miejsc:)

  2. No ja tam byłam w ubiegłym roku. Single white female – samotna biała kobieta.
    Zero problemów, zero momentów zebym się czuła niebezpiecznie czy choćby „nieswojo”.
    Stara Dhaka jest urzekająca. Taki sam bałagan jak w Starym Delhi plus rzeka, na której duzo sie dzieje. Super miejsce dla fotografowania.

Dodaj komentarz

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter