Buddyzm Tybetański (8) – Niezwykłe praktyki

Każda medytacja stosowana w buddyzmie tybetańskim jest z założenia kompletną praktyką, której wykonywanie może doprowadzić do celu, czyli do Oświecenia. Wszystkie medytacje oparte są na podobnym schemacie, dzięki któremu praktykujący nie tylko może zjednoczyć się z obiektem medytacji, ale i rozpoznać jego iluzoryczność. Jednak, jak już wspominałam, złożoność ludzkiego umysłu i różnorodność ludzkich typów wymaga istnienia i stosowania wielu różnych praktyk. Niektóre spośród nich, a właściwie relacje ich dotyczące, szczególnie podniecają wyobraźnię ludzi Zachodu, choć dzięki „dostępności lamów” stały się one dostępne, po odpowiednim przygotowaniu, także dla nich. Jedną z takich niezwykłych praktyk jest Chöd, medytacja-pudża oparta na naukach o Pustce pochodzących, między innymi z sutry Pradźńaparamita. Tybetańskie „chöd” oznacza, mniej więcej, „odcięcie”, a praktyka ma prowadzić do odcięcia złudnego lgnięcia do złudnego poczucia własnego „ja”, jest więc praktyką uderzającą w źródło największych problemów psychicznych, duchowych i emocjonalnych – ludzkie ego.

Przed rozpoczęciem chöd często wykonuje się inną fascynującą medytację nazywaną phowa, polegającą na wyprowadzeniu świadomości z ciała. Właściwe chöd jest bowiem praktyką ofiarowania ciała. Do czynnego udziału w medytacji zapraszamy nie tylko istoty oświecone (lamów, buddów, yidamy i strażników), ale i mieszkańców sześciu sfer egzystencji, w tym istoty piekielne oraz wszelkie spirytualne „plugastwo”, czyli wszystkie możliwe demony. To one właśnie mają być głównymi beneficjentami czynionej ofiary, a ciało medytującego ma stać się ich pożywieniem. Tradycyjnie praktykę tę wykonywano w miejscach odludnych i samotnych, a często wręcz przerażających – na polach kremacyjnych i cmentarzyskach, w pobliżu rozczłonkowanych zwłok i pożywiających nimi dzikich zwierząt. Praktykujący chöd byli nazywani szalonymi joginami, wiedli bowiem wielce szalony żywot, z dala od ognisk cywilizacji, odziani w przepaski biodrowe i skóry, albo całkiem nadzy, uzbrojeni w magiczne trójzęby i sztylety, zaopatrzeni w trąbki z ludzkiej kości udowej i bębenki. Przenosili się z miejsca na miejsce, jedli to, co znaleźli lub użebrali i wielokrotnie pozwalali się pożerać pretom i innym głodnym duchom.

Głównym celem chöd jest odcięcie przywiązania do ego, spłacenie długów karmicznych wobec ludzi i wszystkich istot z sześciu sfer i ostateczne doświadczenie Pustki, jednak śmiem podejrzewać, że niektórzy spośród joginów dmących w pożółkłe kości używali chöd dla jej „skutków ubocznych”, czyli magicznych mocy, jakie praktyka ta pozwalała im osiągnąć. Inni poświęcali się pewnie „pracy środowiskowej” z demonami i innymi pogubionymi istotami. Za najwybitniejszą popularyzatorkę tej przerażającej a potężnej praktyki uważa się XI-wieczną mistrzynię jogi tantrycznej Maczik Labdron.

Bogaty „repertuar” buddyzmu tybetańskiego oferuje wiele podobnie niesamowitych i fascynujących praktyk, jak choćby, wchodząca w skład Sześciu odmian Jogi Naropy, joga wewnętrznego ciepła – tummo, która poprzez pracę z kanałami energetycznymi (nadi), praną i „kroplami” energii (bindu) prowadzi do generowania przez ciało medytującego ogromnych ilości ciepła. Spektakularne suszenie prześcieradeł przez siedzących na mrozie mnichów nie jest oczywiście ostatecznym celem medytacji, ale jej skutkiem ubocznym, dość pożytecznym i praktycznym w surowych warunkach klimatycznych Tybetu i okolic. Badania przeprowadzane na medytujących mnichach wykazały, że podczas praktyki temperatura ich ciał (na powierzchni skóry) wzrasta o kilka stopni, w przypadku stóp i dłoni zaobserwowano nawet ośmiostopniowy wzrost ciepłoty.

Wśród Sześciu odmian Jogi Naropy znajdziemy także milam – jogę świadomego śnienia, praktykowaną również przez adeptów buddyzmu. Milam pozwala panować nad obrazami sennymi, dowolnie je stwarzać lub rozpuszczać, a w konsekwencji prowadzi do urzeczywistnienia tożsamości wszystkich zjawisk snu i jawy jako będących podobnie iluzorycznymi.

Nie sposób opisać, czy choćby wspomnieć wszystkich skutecznych środków przeznaczonych do pracy z poszczególnymi truciznami i aspektami umysłu. Zatrzymam się jeszcze na chwilę przy Jogach Naropy należących do najwyższych praktyk Diamentowego Wozu. Dwie z nich bardo i phowa związane są bezpośrednio ze śmiercią i umieraniem, bo śmierć, dla wyznawców buddyzmu tybetańskiego, jest najważniejszym momentem w życiu. Od tego bowiem jak umieramy zależy nasza dalsza egzystencja w Samsarze lub poza nią. Phowa, jak już wspominałam, polega na wyprowadzeniu świadomości poza ciało. Można to zrobić w normalnych warunkach, w celach „treningowych”, ale istotą tej praktyki jest „nauczenie” umysłu odpowiedniego reagowania w momencie śmierci. Pomyślne przeprowadzenie praktyki phowa w czasie umierania ma prowadzić do „wystrzelenia” świadomości z ciała wprost do Czystej Krainy Buddy Amitabhy, gdziekolwiek ona jest, co ratuje nas przed przykrym z reguły stanem pośrednim (bardo) i stwarza optymalne warunki do dalszego rozwoju. Jeśli nie uda nam się wyemitować „duszy” we właściwym czasie i do właściwego miejsca, pozostaje nam kolejna Joga Naropy – bardo. Praktykę tę wykonujemy już po śmierci, a jej celem jest rozpoznanie prawdziwej natury wszystkich napotykanych po drodze zjawisk i osiągnięcie oświecenia, zanim jeszcze nastąpi inkarnacja w kolejne uwikłane w samsarę ciało. Nie muszę chyba dodawać, że właściwe i pomyśle wykonanie każdej z tych praktyk wymaga wieloletniego rzetelnego wysiłku, dlatego Tybetańczycy mają w zanadrzu jeszcze coś, co może pomóc umierającemu i umarłemu odnaleźć się w nowej rzeczywistości i nie pozwolić by iluzje wmanipulowały go w jakiekolwiek, a przynajmniej w niekorzystne odrodzenie.

Jeśli wybierasz się do Indii Szerokopojętych i potrzebujesz inspiracji, zajrzyj na stronę naszego biura podróży.
Skontaktuj się jeśli potrzebujesz pomocy w organizacji pobytu:
info@strefawypraw.com.pl | tel. 12 4441293

biuro podróży STREFA WYPRAW

Dodaj komentarz

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter