Dharamsala

Bardzo mała Lhasa

Dolinę Kangra w indyjskim stanie Himachal Pradesh otaczają poprzecinane strumieniami wzgórza, a na horyzoncie, prawie na wyciągnięcie ręki, rozłożyły się przepyszne Himalaje w całej swej śnieżnej krasie. Niegdyś były tu tylko rozrzucone wśród lasów małe górskie wioski, okraszone tu i tam hinduistycznymi świątyniami i klasztorami zakładanymi przez Tybetańczyków od XIX wieku. Dziś jest miasto, do którego ściągają rzesze turystów, pielgrzymów i poszukiwaczy duchowych doświadczeń z całego niemal świata.

W 1848 roku okolicę zajęli Brytyjczycy, osadzając tu swoją armię, głównie służące w niej oddziały Gurkhów. Ot, baza wojskowa w pięknej okolicy, z dala od zgiełku miast i ciekawskich spojrzeń potencjalnych wrogów. Za żołnierzami przyszli cywile, gdyż miejsce było wprost wymarzone na kurort pozwalający złapać oddech podczas urlopu od żmudnej urzędniczej pracy w brudnych, zatłoczonych i sponiewieranych upałem miastach.

Dharamsala, której nazwa oznacza, mniej więcej tyle, co „dom pielgrzyma”, miejsce gdzie narodziła się legenda bohaterskich oddziałów Gurkhów, stała się wkrótce świetnie zorganizowanym miastem, będącym skrzyżowaniem górskiego kurortu i miasta garnizonowego. Powstał kościół, poczta, bazary, mesa oficerska, budowano europejskie w stylu domy prywatne, zakładano publiczne parki i ogrody. Żyli tu obok siebie żołnierze i cywile, miejscowi i przyjezdni. Ci ostatni często decydowali się zostać na stałe i spoczywają teraz na cmentarzu świętego Jana.

Mogło być tak pięknie, bo Brytyjczycy chcieli uczynić z Dharamsali swoją letnią stolicę, ale los daje i odbiera i nigdy nie wiadomo, kiedy wymierzy kopniaka ludzkim marzeniom. W 1905 roku, 4 kwietnia, stan Himachal Pradesh nawiedziło potężne trzęsienie ziemi, grzebiąc pod gruzami wiosek i miast 20 tysięcy ludzi. Dharamsala i pobliska Kangra legły w gruzach. Przepadły ogrody i tarasy, zawaliła się świątynia Bhagsunag, poświęcona czczonemu przez Gurkhów Śiwie. Brytyjczycy przenieśli się z urlopami i fajfami do Shimli, a Ghurkowie zakasali rękawy i odbudowali miasto, jak umieli, zaczynając od świątyni, która do dziś jest jednym z najważniejszych, symbolicznych zabytków miasta. I tak skończyła się „pierwsza historia Dharamsali”.

„Druga historia” miasta rozpoczęła się w 1959 roku, wraz z przybyciem młodego mnicha Tenzinga Gyatso i tysięcy jego rodaków, uchodźców z okupowanego przez Chiny Tybetu. Mnich o ujmującym uśmiechu był XIV dalajlamą, królem bez tronu i armii, uzbrojonym jedynie w różaniec i wiarę w człowieka. Został, zorganizował Tybetański Rząd na Uchodźctwie i od 56 lat prowadzi swoją walkę bez walki, uczy miłości i tolerancji, gromadzi wokół siebie rodaków, dając im wsparcie i nadzieję.

Dharamsala zaczęła stopniowo, ale nieuchronnie zamieniać się w miasto Dalajlamy i stolicę – zarówno administracyjną i polityczną, jak i duchową – Tybetańczyków na uchodźctwie. Zbudowano szkoły, klasztory i domy, świątynie, sierocińce i sklepiki. Powstała Biblioteka Dzieł i Archiwów Tybetańskich, gromadząca dziesiątki tysięcy manuskryptów i druków, budynki rządu, kliniki medycyny tybetańskiej i wszystko to, co może być przydatne Tybetańczykom, turystom, pielgrzymom i tybetologom. Bo Dharamsala, nazywana teraz żartobliwie Dhasa (Dharamsala plus Lhasa) zaczęła przyciągać ku sobie ludzi z całego świata.

Dzisiejsza Dharamsala liczy sobie blisko 20 tysięcy mieszkańców, z czego przynajmniej kilka tysięcy (20-25%) stanowią Tybetańczycy. Oni też głównie tworzą koloryt i atmosferę miasta, nie ujmując znaczenia kulturze i ludności hinduistycznej. Przyjazny miks kulturowy i etniczny, charakterystyczny dla Nepalu i Indii Północnych, w połączeniu z jedynymi na świecie warunkami geograficznymi: dolinami i szczytami Himalajów, lasami cedrowymi i sosnowymi, przejrzystym powietrzem dużych wysokości i dość przyjemnym klimatem to pakiet wartości przyciągający niczym magnes.

W Dharamsali można spędzić chwilę, przygotowując się klimatycznie do trekkingu lub wspinaczki, albo zasiedzieć się na dobre – zwiedzając, medytując, podziwiając wodospad Bhagsunag i jego malownicze sąsiedztwo, ucząc się, na przykład medycyny tybetańskiej, urządzając pikniki w Dharamkot, fotografując i nawiązując kontakty z ludźmi, którzy, bez względu na przynależność rasową czy religijną, są przyjaźnie nastawieni i pomocni. Można zamieszkać w hotelu, hostelu, klasztorze albo wynająć kwaterę w prywatnym domu. Zresztą, infrastruktura turystyczna w przycupniętej w Dolinie Kangra magicznej Dharamsali jest całkowicie zadowalająca, zarówno pod względem noclegów i gastronomi, jak i obsługi trekkingów i wycieczek. Rozwój bazy hotelowej i turystycznej prowadzi oczywiście do pewnej komercjalizacji miasta i okolic, ale tego, niestety, nie da się uniknąć w czasach, gdy po ziemi chodzi nas siedem miliardów i każdy chce zrealizować swój plan. Turystyka to nie tylko tłumy rozdeptujące zabytki i górskie szlaki, ale i praca, pieniądze i rozwój dla miasta i jego mieszkańców.

Jest co zwiedzać w Dharamsali i wokół niej, poczynając od galerii sztuki i muzeów, poprzez klasztory i świątynie a na licznych sklepikach, księgarniach i knajpkach kończąc. Koniecznie trzeba zobaczyć ogromny bęben (albo młyn) modlitewny i piękną tankę Tary w Tsuglagkhang, największym tybetańskim kompleksie klasztornym poza Tybetem, świątynię Kalaczakry, Tibetan Institute of Performing Arts z tradycyjnymi tańcami i muzyką, Tibet Museum, hinduistyczną świątynię Kunal Pathari i wiele innych obiektów i miejsc. Oczywiście, najważniejszym „obiektem” w Dharamsali jest Dalajlama, którego siedziba, rozrośnięta do rozmiarów małego miasteczka, znajduje się w ślicznie położonym na stokach wzgórza przedmieściu Dharamsali – McLeod Ganj. Wielu marzy o spotkaniu z charyzmatycznym duchowym przywódcą, noblistą i żywym Buddą w jednym, trzeba mieć jednak sporo szczęścia, żeby go zobaczyć albo wziąć udział wygłaszanych przez niego naukach, albo w audiencji, nie mówiąc już o spotkaniu „oko w oko” przy herbacie, co również jest możliwe, ale raczej teoretycznie. Dalajlama dużo podróżuje, a gdy jest na miejscu, pochłaniają go rozliczne zajęcia i umówienie się na audiencję prywatną graniczy z cudem. Jeśli jednak komuś uda się znaleźć w pobliżu Jego Świątobliwości, warto mieć ze sobą katak, biały szal symbolizujący czystość serca i intencji. Jeśli nie mamy szczęścia, możemy przynajmniej zobaczyć dom Dalajlamy, strzeżony przez żołnierzy armii indyjskiej. Możemy też spotkać wielu światłych mnichów i lamów, wykwalifikowanych lekarzy medycyny tybetańskiej, mistrzów medytacji i wróżbitów.

 Dharamsala to Himalaje, wprawiające w zachwyt krajobrazy i fiołkowe niebo, to zatłoczone, pełne sklepików i knajpek uliczki, to tłum i gwar setek głosów. Dharamsala to mała Lhasa – serce Tybetu wygnanego z Tybetu, ale i miasto Śiwy, potężnych bogiń i dzielnych Gurkhów. Dharamsala to miasto tętniące życiem – tym zwyczajnym, codziennym, mozolnym i tym duchowym – miasto pełne zdarzeń, marzeń i magii, gdzie góry tulą się do nieba, a ludzie kłaniają się i niebu i ziemi, miasto, w którym warto być i które łatwo pokochać.

Jeśli wybierasz się do Indii Szerokopojętych i potrzebujesz inspiracji lub wsparcia,
zajrzyj na stronę naszego biura podróży.

biuro podrózy STREFA WYPRAW

Jeśli wybierasz się do Indii Szerokopojętych i potrzebujesz inspiracji, zajrzyj na stronę naszego biura podróży.
Skontaktuj się jeśli potrzebujesz pomocy w organizacji pobytu:
info@strefawypraw.com.pl | tel. 12 4441293

biuro podróży STREFA WYPRAW

Dodaj komentarz

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter